Blog > Komentarze do wpisu
Ze skrajności w skrajność

Najwyraźniej kłębiące się we mnie przez ostatnie dwa lata pomysły postanowiły znaleźć gwałtowne ujście, a w zestawieniu z nowymi możliwościami sprzętowymi efekty są co najmniej zadowalające.

Zacznę od wisiora z dużym kianitowym kaboszonem, do którego zabierałam się jak przysłowiowy "pies do jeża" na prawdę długi czas. Uwielbiam kianity za ten cudowny, morski kolor i skrzące się wewnątrz srebrne niteczki. Żal byłoby mi oprawić go byle jak. No ale doczekał się w końcu. I wiecie co? Został w rodzinie :) Zakochała się w nim moja mama i podobno znalazła go w tym roku pod choinką ;)

Nad pięknym modrym Dunajem

Mój ulubiony model niewielkich kolczyków na biglu doczekał się kolejnego wcielenia - tym razem w roli głównej kamień księżycowy.

Midi z kamieniem księżycowym

Wspominałam coś o miłości do kianitów? Niedługo po wisiorze powstały kolczyki. Gdy robiłam drugiego do pary zastanawiałam się, jakim cudem udało mi się zrobić pierwszego, gdy moje ciało targały gorączka i dreszcze, zwiastujące nadchodzącą, jak się okazało ospę wietrzną (!).

Kianitowe krople filigranowe

I na koniec, last but not least, bohater specjalny odcinka :) Kolczyki z przepięknym fasetowanym ametystem lawendowym. Cudnym. Jeden koleżka powstał jeszcze w starych czasach (pamiętacie historię bursztynowych z poprzedniego wpisu? To ta sama bajka ;) ). Za drugiego jakoś nie mogłam się zabrać, szczególnie mając w pamięci ile namęczyłam się z pierwszym. Przemogłam się. Naklnęłam. Zrobiłam.

Lawendowe love w koronkach

A na koniec mały teaser i kulisy pracy warsztatowej ;)

poniedziałek, 29 grudnia 2014, loquacee

Polecane wpisy